Zmarł lekarz Z. J. Molski

aktualizacja: 2020-12-29 11:43:34     nr wiadomości: 44416     przeczytano: 4917     Ilość komentarzy komentarze: 0

Z wielkim żalem i smutkiem informujemy, że w wieku 90 lat odszedł do Domu Pana lekarz Zygmunt Józef Molski. Człowiek niezwykle pomocny, uśmiechnięty i życzliwy a zarazem wspaniały lekarz. Wyrazy głębokiego współczucia Rodzinie i Bliskim składają Pracownicy Biblioteki – Centrum Kultury w Szczuczynie.
Ostatnie pożegnanie druha Zygmunta odbyło się 28.12.2020 o godzinie 11.00 w kościele parafialnym w Szczuczynie.

„Rozmowy o Szczuczynie” to cykl wywiadów przeprowadzonych dla czytelników „Szczuczyńskich wieści”. Rozmowa z Państwem Haliną i Zygmuntem Józefem Molskim ukazała się drukiem w numerze 1/2015, którą prezentujemy. 

„Całe nasze życie to szpital” – rozmowa z państwem Haliną i Zygmuntem Molskimi.

Do wspomnień o Szczuczynie zaprosiliśmy dzisiaj państwa Halinę i Zygmunta Molskich, którzy od prawie sześćdziesięciu lat mieszkają w Szczuczynie i praktycznie przez całe swoje zawodowe życie dbali o zdrowie najmłodszych i dorosłych mieszkańców naszego miasta i okolic.

Pani doktor Halinie Molskiej przyznano w dniu 25 kwietnia 2006 r. tytuł „Zasłużony dla gminy Szczuczyn”.

Wspomnień państwa Molskich wysłuchali Renata Markiewicz (R.M.) i Janusz Siemion (J.S.).

J. S. Pani Doktor, może na początek kilka zdań o sobie.
H.M. O sobie… Więc urodziłam się 14 lipca 1931 roku w Zatorze, woj. kieleckie. Rok później rodzice przeprowadzili się do Warszawy. Mieszkaliśmy tam przy ulicy Siennej 8. Tata pracował na poczcie głównej, a mama prowadziła rejestrację lekarską. Tam też w 1938 r. poszłam do szkoły podstawowej. W czerwcu 1939 r. przeprowadziliśmy się do Rembertowa, a już we wrześniu już były naloty w Warszawie i ta kamienica została zburzona, w której mieszkaliśmy. Działania wojenne spędziliśmy u rodziny w pobliżu Przyczółka Magnuszewskiego nad Pilicą tak, że najgorsze przeżycia frontowe to mam za sobą, bo to było 7 km jak front ruszał od nas. W grudniu 1944 r. wskutek działań wojennych zginął od wybuchu pocisku mój ojciec  (tutaj leżą jego szczątki na cmentarzu). W czasie ofensywy w styczniu 1945 r. Niemcy pędzili nas z mamą przez taki las ostrzeliwany przez katiusze, sypały się gałęzie na głowę, skakać trzeba było przez trupy. Myśmy z mamą uciekły z tego przepędzania. Ukrywałyśmy się u ludzi na wsi i w kwietniu wróciłyśmy do Rembertowa, do naszego mieszkania. Zajęte było przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa tak, że nie dostałyśmy tego mieszkania, zwrócili nam tylko meble. Koleżanka mi pomogła (miałam wtedy 14 lat) wynająć mieszkanie u jej wujka, który się wyprowadzał do Warszawy. Miał on taki mały domek z ogródkiem w tym Rembertowie, no i tam zamieszkałyśmy z mamą. Tak to jest uciekać przed wojną. W Rembertowie był zbombardowany tylko dworzec kolejowy, żaden dom nie był zburzony. Po wyzwoleniu poszłam na 3-miesięczne korepetycje i po lukach strasznych, bo w piątej klasie w ogóle nie byłam, miałam jakieś korepetycje, tam jakiś pan się ukrywał, taki kompetentny i tam mnie i kuzyna uczył.  No i w tym Rembertowie trzeba było jakoś iść do szkoły. Po korepetycjach praktycznie rzecz biorąc z tej IV klasy poszłam do II gimnazjum, w Gimnazjum i liceum im. Tadeusza Kościuszki w Rembertowie. Zrobiłam maturę w 1950 r. i dostałam się jakimś cudem, nie wierzyłam w swoje szczęście, na medycynę, oczywiście po egzaminach.
R.M. A ta medycyna to był Pani wybór? Pani pasja?
H.M. Tak, to był mój wybór. Wtedy to Akademia Medyczna była. Ja się zapisałam od razu na pediatrię. Wtedy był jeszcze wydział ogólny i sanepid. No i tam poznałam swego przyszłego męża, który studiował na wydziale ogólnym. Wzięliśmy ślub w grudniu 1951 r., a Akademię Medyczną ukończyliśmy i otrzymaliśmy dyplomy w 1955r. 
J.S. No i do pracy. Wtedy były przydziały.
H.M. Tak. W listopadzie 1955 r. dostaliśmy przydział do Nowej Rudy do pracy. Mieliśmy kilka miejsc do wyboru, ale wybraliśmy Nową Rudę, bo góry, bo ładnie. Wtedy nie było żadnych staży Od razu się szło na głęboką wodę i trzeba było pracować. Nie było cudów – trzeba było umieć i dać narkozę i zszyć coś. Wszystko trzeba było umieć, co było potrzebne.
R.M. Jak się Państwu pracowało w Nowej Rudzie?
H.M. Były tam dwa szpitale: duży, zwany Brackim i mały, tzw. miejski w środku miasta. W szpitalu Brackim miałam tylko noworodki, a w szpitalu miejskim miałam oddział dziecięcy i mąż miał tam oddział wewnętrzny. I jak przyszedł rok 1956 zaczęły się niepokoje w Poznaniu, następnie powstanie na Węgrzech, a w Nowej Rudzie autochtoni zaczęli podnosić głowy. Przerażeni tym wszystkim wzięliśmy urlop nie wierząc, że jeszcze tu wrócimy do pracy. Wtedy to tak się zraziłam do tej Nowej Rudy, bo tam zaczął się robić bałagan w służbie zdrowia i te rozruchy. Wszystko się tam odbywało po niemiecku i w sklepie i na wizycie domowej i w pracy, no bo dużo było autochtonów. Postanowiłam, że przeniesiemy się jednak z tej Nowej Rudy.
R.M. Dokąd?
H.M. Chciałam do rdzennej Polski i w miejsce, w którym jest porządek. Akurat przyjechał z urlopu taki technik dentystyczny, który tu w Grajewie zaczął pracować i zaczął opowiadać jak tu jest wspaniale. No i mówię do męża: chcesz to się przeniesiemy, nie chcesz to się nie przeniesiemy, no ale się dowiedzmy. No to mówi: to Ty jedź. Ja przyjechałam tylko do Grajewa, bo tam był pociąg. Doktor Ginel wtedy był kierownikiem wydziału zdrowia. No i on tak niewyraźnie mówił. Ja o coś pytam, a on dududu…, ja mówię „proszę”, a on znowu coś wymamrotał. No myślę sobie, wyjdę na jakiegoś tumana jak się będę jego 100 razy pytać. No i pojechałam, spotkałam w drodze do Bydgoszczy męża, bo on tam był na kursie i mówię: Ty, jedź i pogadaj z tym panem, bo ja w ogóle nie rozumiałam, co on do mnie mówi. No i mąż tu przyjechał. Od razu jak sobie pogadali to się w sobie zakochali, to już była miłość od pierwszego wejrzenia, już go nie puścił tak, że mąż znalazł kogoś na swoje miejsce w Nowej Rudzie, a ja musiałam odpracowywać 3 miesiące, więc oddaliśmy temu komuś mieszkanie. Mąż tu się przeniósł, dostał mieszkanie u państwa Jaworowskich na Strażackiej. Tam dostaliśmy dwa pokoiki z kuchnią na pierwszy początek. No i żeśmy się z tej Nowej Rudy wyprowadzili. Mąż tu zaczął pracować w lipcu, a ja w listopadzie 1957 r.
J.S. No i przyjeżdża Pani do Szczuczyna, i pierwsze wrażenia?
H.M. Pierwsze wrażenie było straszne. Rynek, to były kocie łby, kałuże wody i gęsi, stado gęsi. Ja się gęsi akurat bałam, więc nie bardzo wiedziałam, czy wysiadać z tego autobusu czy nie wysiadać, no ale wysiadłam. Mąż zaprowadził mnie do szpitala. To była jedna wielka makabra, tam był elegancki, powiatowy szpital, bardzo ładnie wyposażony, jeszcze przez Niemców, no i jak ja to zobaczyłam, ten szpital tutaj to wrażenie było rzeczywiście niesamowite, Tych dzieci parę tam leżało, takich w burej pościeli, ja się pytam:
– Czym Wy je karmicie?
– Mlekiem.
– No jak to mlekiem, przecież mleko trzeba dorobić.
– No mlekiem!
Jedyna rzecz jaka była dobra, to było laboratorium w tym szpitalu. To rzeczywiście było dobre, bo pracowała zakonnica, taka siostra Maria. Po jej wynikach to można było rozpoznanie postawić, bo ona naprawdę świetnie to robiła, ale to był jedyny jasny punkt.
R.M. A duży był ten oddział dziecięcy?
H.M. Oddział miał 20 łóżek dziecięcych plus 10 łóżek noworodkowych. Oddział był, ale nie było pediatry. Ponieważ miałam dyplom, to miałam pierwszeństwo w obejmowaniu stanowisk. Od razu pracowałam jako pełniąca obowiązki ordynatora aż do 1964 r. Zrobiłam wtedy II stopień specjalizacji i objęłam stanowisko ordynatora z prawem szkolenia adeptów. Z tych wszystkich osób, które szkoliłam, trzy zdały egzamin.
R.M. Jak długo pełniła Pani funkcję ordynatora?
H.M. Pełniącym obowiązki ordynatora i ordynatorem  byłam 25 lat, od 1957 do 1982 r. W tym czasie przez 13 lat pracowałam sama. Nie było chętnych do osiedlenia się w małych miastach. Pomoc stanowili przeważnie stażyści i pediatra dr Dmochowski, który przeniósł się potem do Wąsosza, gdy tam otworzyli przychodnię. Kiedy w nowym szpitalu w Grajewie otworzyli oddział dziecięcy, ja złożyłam rezygnację z powodu przeciążenia pracą. Pozostała mi wtedy tylko praca w przychodni. 
Jesienią 1987 r. przeszłam na emeryturę ze względu na stan zdrowia. Łącznie przepracowałam w państwowych zakładach leczniczych 32 lata. 
Rok później otworzyłam praktykę prywatną w domu i prowadziłam ją do 2007 r.
R.M. Pani Doktor, czy otrzymała Pani jakieś nagrody, wyróżnienia resortowe?
H.M. Otrzymywałam dyplomy uznania, ale najważniejszym dla mnie był „Medal dla ludzi dobrej roboty”. Takie odznaczenie mogły otrzymać rocznie tylko dwie osoby z województwa, dlatego jestem z niego taka dumna. Pamiętam, że po odbiór medalu musiałam pojechać do Warszawy. Akurat wtedy Breżniew był z wizytą w Warszawie i było dużo zamieszania.
J.S. Leczyła Pani tylko dzieci?
H.M. Tak! I ja miałam dużo zapału jak zaczęłam pracować. Boże, ile tu wspomnień jest z tymi niemowlakami, łącznie z obecnym panem burmistrzem. Pamiętam tak dokładnie jak Witek Wierzchoś przynosił tego Jacusia rok i cztery miesiące, teraz facet jest też pod 60, to pamiętam jak on go na ręku trzymał tego dzieciaka.
R.M. A mąż?
H.M. Mąż jak tu zaczął pracę, to go od razu na kurs radiologiczny wysłali, bo tu bez radiologii to nikt sobie nie poradzi. No i mąż w zasadzie ma specjalność radiologiczną, z tym że tutaj cały czas pracował na oddziale wewnętrznym. I na początku szpital miał konia do transportu. 
J.S. To szpital miał konia?
H.M. Tak…! Bardzo długo.
J.S. A gdzie go trzymaliście?
Z.M. W podwórku. Były pomieszczenia gospodarcze i garaże.
H.M. Koń był do przemian pod koniec lat 80. Dopiero potem dali karetkę.
J.S. To był i wóz?
Z.M. Proszę Pana. I wóz był, i sanie były. Jeździliśmy do chorych saniami, jak nie było karetki.
J.S. Istniało tu jakieś życie towarzyskie? Mieliście znajomych? Przyjechaliście w sumie ze świata, młodzi ludzie.
H.M. Ale jak najbardziej. Zaprzyjaźniliśmy się z Wierzchosiami, z Nikińskimi, potem z Wareckimi no i do tej pory ta przyjaźń przetrwała. Były organizowane bale sylwestrowe w szkołach, byliśmy na takim sylwestrze w gimnazjum, w tym co teraz jest, to było nierozbudowane oczywiście. Byliśmy w szkole zawodowej. Szpital zawsze miał choinkę. Wybudowali Biesiadną, w Biesiadnej zbierali się wszyscy. W ogóle było takie zżycie, integracja była. I co mnie tu urzekło proszę Pana. To te ładne okolice, jeziora, te lasy.
J.S. Czyli jak tak Pani opowiada, to ludzie was przyjęli życzliwie? Jacy Ci ludzie tu byli?
H.M. Ci prości ludzie byli bardzo…, bardzo tacy ludzcy, rozgarnięci jakoś, tak że my nie możemy narzekać. Ja trochę jako kobieta byłam na cenzurowanym, bo zawsze jak dziecko zachorowało to winna była moja dieta, więc żeby zdobyć tu zaufanie, to musiałam te 3 – 4 lata sobie popracować, tak uczciwie.
J.S. Pani Doktor wspomniała Pani, że po przyjeździe mieszkaliście na Strażackiej, jak długo?
H.M. Dwa lata.
J.S. I skąd pomysł na budowę domu przy Łomżyńskiej?
H.M.  A no to słuchajcie, mieliśmy przyjaciół i Bułgarów, którzy nas odwiedzali, no bo jeździliśmy trochę po świecie. U nas po prostu było ciasno, bo myśmy dostali mieszkanie, tutaj na Łomżyńskiej 12. Tam gdzie teraz Wiśniewscy mieszkają, to myśmy mieszkali, a oni mieszkali w podwórku. No i w takich warunkach trzeba było mieszkać. Kuchnia była tak zimna, że lód był i ja się odzwyczaiłam od przebywania kuchni w życiu codziennym oprócz gotowania.
Moja mama mówi: słuchajcie jak tu tak będziecie żyli. Ja mam coś do sprzedania swego, więc ja sprzedam i dam wam, wy kupcie plac i pomału jakoś, i pożyczka i to śmo i się wybudujecie.
No i w 63 roku zaczęliśmy tę budowę. Kolega nam zrobił plany, bo był inżynierem i żeśmy zaczęli budować.
J.S.  Pani Doktor, a co tu było wcześniej w tym miejscu?
H.M. W tym miejscu mieszkali Ci państwo Biedrzyccy, którzy mieszkają jak się idzie do szpitala, za starą gospodarką komunalną. I myśmy od nich kupili ten plac. Tu stała tylko taka stara chałupka, a oni się też budowali właśnie tam za tą gospodarką i potem był taki kłopot, że myśmy musieli zacząć budować, a oni jeszcze nie skończyli i myśmy ich przyjęli na dwa pokoje, tam na tą Łomżyńską. Mieszkaliśmy razem tak na kupie, no bo oni musieli skończyć i myśmy musieli skończyć. I w 65 roku, żeśmy się tutaj na wiosnę sprowadzili.
J.S. O właśnie. Przyjechaliście tutaj pod koniec lat 50, następnie lata 60. Jakie to było miasteczko?
H.M. Jak myśmy przyjechali, to jeszcze państwo Brajczewscy mieli sklep na Łomżyńskiej. Jeszcze nawet tych trzech bloczków nie było, tutaj przy Strażackiej, dopiero przy nas to było budowane. No i ten rynek był robiony. Najpierw te kocie łby zlikwidowali, założyli trawniczki, potem obudowali tymi chodnikami to wszystko, no i tak stopniowo, stopniowo. Ośrodek zdrowia to był tylko parter, te parę pomieszczeń co teraz jest równo na parterze przed schodami tam na górę. Potem go rozbudowano w latach 60. I spółdzielni mieszkaniowej nie było. Tam państwo Orzechowscy sobie domek pobudowali. I tam dopiero potem spółdzielnia powstała. W każdym razie potem, jak już ten park zrobili w środku miasta, wyprowadzili autobusy, bo przystanek był pod obecnym gimnazjum, no to też takie niewłaściwe miejsce, no i ten przystanek wybudowali, potem dom towarowy, tam gdzie teraz jest Biedronka. Najwięcej sklepów to powstało po 90 roku.
R.M. Pani Doktor, a tak prywatnie: Co państwo czytaliście? Co państwo oglądaliście?
H.M. Proszę państwa z książkami to jest oddzielny temat. Przecież my mamy takie fury książek, że to coś okropnego. Myśmy bardzo dużo czytali, najchętniej literaturę  podróżniczą, wojenną o II wojnie światowej. Myśmy nigdy się tu nie nudzili. Potem przyszła telewizja, to jakiś dobry film, transmisje sportowe. Wtedy Górski prowadził drużynę piłki nożnej, wszędzie żeśmy wygrywali Górnik Zabrze był świetną drużyną tak, że myśmy się nie nudzili. To nam zupełnie wystarczało.
J.S. Pani Doktor, może jakieś hobby ukryte? Jakaś pasja?
H.M.  No to mówię: literatura i sport. Poza tym my zawsze wyjeżdżaliśmy na urlop. To już była reguła. Zaczynał się urlop, albo żeśmy poprzedniego dnia wieczorem albo tego dnia rano już wyjeżdżali. Najchętniej to do Słowacji, Bułgarii, Rumuni nad M. Czarne, a w Polsce do Zakopanego. A poza tym mieliśmy dużo pracy. Ja byłam w pogotowiu okrągłą dobę, i w święta pracowaliśmy, chodziło się do szpitala sprawdzić, czy się tam co złego nie dzieje.
J.S. Czyli można powiedzieć, że całe Państwa życie w Szczuczynie to szpital?
H.M. Tak… Całe nasze życie to był szpital.
J.S. Zaczęliście pracować w tym szczuczyńskim szpitalu. Jaki był personel?
H.M. Było oprócz nas, dwóch lekarzy, doktor Krawczyk i doktor Węclik, czyli było nas czworo, potem doszła doktor Czajkowska, jako położnik-ginekolog, w miejsce Węclika przyszedł Misiewicz Waldek, no i w zasadzie tych lekarzy nigdy u nas za dużo nie było, wprost przeciwnie, a personel średni, to wszystko były lepiej wykształcone pielęgniarki, bo te co zastaliśmy to w większości były tzw. przyuczone, po prostu po wojnie brakowało personelu. No i właśnie felczerów nasi się pozbyli z wielkim trudem.
J.S. Powiedzieli Państwo: chirurg, ginekolog, czyli w Szczuczynie było wszystko? I chirurgia i ginekologia?
H.M. Tak wszystko. Były cięcia cesarskie wykonywane, bo była sala operacyjna, która zawsze musiała być w pogotowiu.
Z.M. Proszę Pana, wtedy w latach 50 – 60-tych, to pogotowie w ogóle do Szczuczyna nie przyjeżdżało. To lekarz dyżurny, obojętnie czy pediatra czy internista, załatwiał praktycznie wszystko. Przecież jak złamania to był rentgen, zdjęcie się robiło, nastawiało się złamane nogi, ręce no i w gips. Pani Czarnecka, ona się zajmowała tymi opatrunkami, tymi gipsami, to już był jej dział, i to wszystko się załatwiało na miejscu. Operacji no to nie było poważnej Panie, kardiologicznej czy pneumologicznej, ale wszystkie wyrostki, przepukliny, takie te drobniejsze się robiło. Nawet ekipa z Grajewa często przyjeżdżała i robili operacje.
J.S. I nie było powikłań?
H.M. Nie, wszystkie szpitale miały epidemie, a nasze noworodki nigdy nie miały. Tyle lat, ponad 25 lat te noworodki prowadziłam, to nigdy nie miały. No i nasz szpital był znany na okolicę, i z Kolna przyjeżdżali, i z Łomży.
Z.M. No tak, ale pilnowałaś, żeby pieluchy były prasowane, żeby ta cała pościel nie była tylko prana, wszystko musiało być sterylne.
H.M. Trzeba było ten personel przyuczyć, i kuchenka mleczna powstała. Jak jakiś niemowlaczek miał uszkodzony przewód pokarmowy, to się chodziło do pań po porodzie i prosiło, żeby jak swoje dzieci nakarmią, ściągnęły. Przegotowywało się mleczko i dawało, tak to było pomyślane. A teraz słyszę, że do lekarza rodzinnego pacjenci w kolejce czekają, no to jak można czekać w kolejce do lekarza rodzinnego? No do specjalisty to jeszcze, ale nie tak długo, ale żeby do rodzinnego w kolejce czekać i nie dostać się jednego dnia, to jest nie do pomyślenia!
J.S. Pracowaliście tyle lat. Tylu mieliście pacjentów, dzieci i dorosłych. Pamiętają?
H.M. O miałam takie jedno  przyjemnie zdarzenie. Kiedyś wracam z ośrodka, taka piękna dziewczyna z chłopakiem czekają na mnie. Co się okazało, ona mmówi: wie Pani, mama mi zawsze mówiła, że jak będę w tych okolicach, bo wyprowadziliśmy się na wybrzeże, to mam przyjść i powiedzieć pani dziękuję, bo żaden szpital mnie nie chciał przyjąć, wszyscy mówili, że ja umrę, a pani mnie przyjęła i nic nie mówiła, że umrę tylko powiedziała, że jestem w ciężkim stanie i wyleczyła. I ta matka kazała jej przyjść i powiedzieć dziękuję, i przyszła!
J.S. W tym roku minie 58 lat jak sprowadziliście się do Szczuczyna? I co byście mogli powiedzieć – ten Szczuczyn 58 lat temu i teraz?
H.M. No tak krucze, to już 58 lat! Proszę państwa przecież Szczuczyn, to tak kolosalny skok cywilizacyjny zrobił, że to jest po prostu nie do pomyślenia!
Z.M. Szczuczyn się zmienił, to zupełnie coś innego.
J.S. Te blisko 60 lat w Szczuczynie, co Wam dało? Co pamiętacie z tych minionych lat?
H.M. No pamiętamy, że ciężko pracowaliśmy, pamiętamy, że mieliśmy no jak na nasze warunki dość takie przyjemne te życie. Ja nie narzekam.
Z.M. Ja też, uważam, że nie zmarnowaliśmy tych lat i jeśli chodzi o los, to też się z nami nie obszedł tak po macoszemu. Uważam, że jak na obcych ludzi zostaliśmy przyjęci przez miejscowe społeczeństwo bardzo życzliwie.
J.S. Już jako tacy zasiedziali Szczuczyniacy, czego byście życzyli Szczuczynowi i jego mieszkańcom?
Z.M.- Dalszego rozwoju.
H.M.- Życzylibyśmy, żeby się rozwijał, żeby jakieś miejsca pracy były, żeby ludzie mogli żyć, rozmnażać się.
Z.M.- Żeby nie było gorzej jak jest.
J.S. Serdecznie dziękujemy Państwu za rozmowę.

opracował: 

Andrzej Szabelski

Biblioteka – Centrum Kultury w Szczuczynie

Zdjęcia: 

Andrzej Kosmowski 

Biblioteka – Centrum Kultury w Szczuczynie

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.